Chomsky o ruchu antywojennym

wywiad dla The Guardian
pisze Noam Chomsky
12. lutego 2003

Noam Chomsky: Demonstracje pokojowe były kolejną oznaką nadzwyczajnego fenomenu. Na świecie i w Stanach Zjednoczonych powstała opozycja dla nadchodzącej wojny o rozmiarze bezprecedensowym w historii USA i Europy zarówno pod względem możliwości, jak i części populacji do której sięga.
Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek istniała tak ogromna opozycja wobec wojny zanim ta jeszcze się zaczęła. Im bardziej zbliżymy się do konfliktowego regionu, tym opozycja wydaje się być większa. W Turcji badania opinii publicznej wykazały, że liczba ludzi sprzeciwiających się wojnie sięga 90%, w Europie też jest pokaźna, natomiast w USA liczby pojawiające się w badaniach są mylące, ponieważ badania nie uwzględniają ważnego czynnika, odróżniającego Stany od reszty świata. USA to jedyny kraj, gdzie Saddam Hussain jest nie tylko pogardzany, ale także budzi strach - od września badania wykazują, że 60-70% amerykanów uznaje Saddama Hussaina za nieuchronne zagrożenie dla ich egzystencji.

Obecnie nie ma żadnego obiektywnego powodu, dla którego USA powinny bardziej bać się Saddama niż, powiedzmy, Kuwejt. Przyczyną tej sytuacji jest trwająca od września propaganda mająca na celu przekonanie ludzi, że Saddam jest nie tylko straszną osobą, ale że zamierza zaatakować nas jutro, jeśli nie powstrzymamy go dziś. To trafia do ludzi. Tak więc aby zrozumieć rzeczywisty rozmiar opozycji wobec wojny w USA należy uwzględnić czynnik kompletnie irracjonalnego strachu stworzonego przez masową propagandę - wtedy okaże się, że opozycja jest mniej więcej taka sama jak gdzie indziej.

W prasie nie wskazuje się, że taka publiczna opozycja wobec wojny jest po prostu bezprecedensowa. To rozciąga się dużo szerzej, to nie tylko opozycja wobec wojny, to brak wiary w przywódców. World Economic Forum kilka dni temu opublikowało wyniki badań zaufania do władzy i w Stanach było ono najniższe. Wierzy im nieco ponad jedna czwarta populacji i myślę, że to odzwierciedla obawy wobec ryzyka, brutalności i zagrożeń dostrzeganych w działaniach i planach aktualnej administracji.

Na te rzeczy powinno się zwracać większą uwagę. Nawet w USA istnieje przytłaczająca swą wielkością opozycja i odpowiadający jej spadek zaufania do liderów prowadzących kampanię wojenną. Ruch antywojenny rozwijał się jakiś czas, ale teraz osiągnął niezwyczajny stan liczebny (należy tu wspomnieć o demonstracjach mających miejsce w ostatnim tygodniu), co nigdy dotąd się nie zdarzyło. Gdyby porównać tę sytuację z wojną w Wietnamie, obecny jej stan jest podobny do tego z roku 1961 - zanim jeszcze wojna się zaczęła, zanim USA zbombardowały Południowy Wietnam, zamykały miliony ludzi w obozach koncentracyjnych i używały broni chemicznej, wtedy niemal nikt nie protestował. Faktycznie było kilka protestów, ale mało kto o nich pamięta.

Protesty zaczęły się rozwijać kilka lat później, gdy duża część Wietnamu Południowego była masowo bombardowana przez B-52, setki tysięcy żołnierzy amerykańskich brało udział w wojnie, setki tysięcy zginęły. Nawet wtedy, gdy protesty wreszcie się zaczęły, skupiały się głównie na kwestiach pobocznych - bombardowanie Wietnamu Północnego było bez wątpienia zbrodnią, jednak południe było bombardowane bardziej intensywnie, co zawsze było celem USA.

Nawiasem mówiąc rząd wyciągnął z tego wnioski. Kiedy administracja przychodzi do biura, pierwszą rzeczą, którą robią, jest zapoznanie się z raportami wywiadu na temat sytuacji na świecie. Te dane są tajne, ludzie poznają je po trzydziestu, czterdziestu latach, kiedy są odtajnione. Kiedy pierwsza administracja Busha objęła urząd w 1989 r., informacje wywiadowcze przeciekały do opinii publicznej odsłaniając wiele faktów o zdarzeniach, mających wtedy miejsce.

Z przecieków wynikało, że doktryna rządu zakładała walkę wyłącznie ze słabszymi przeciwnikami. Walka taka miała być wygrana bardzo szybko i zdecydowanie, ponieważ w przeciwnym wypadku poparcie dla niej szybko spadnie, gdyż jest i tak bardzo niskie. W latach sześćdziesiątych rząd mógł prowadzić długą, brutalną wojnę przez lata, praktycznie niszcząc państwo i nie powodowało to żadnych protestów. Ale nie teraz. Teraz muszą wygrać. Teraz muszą wystraszyć ludzi, żeby czuli, że istnieje jakieś wielkie zagrożenie dla ich życia, po czym przeprowadzić cudowną akcję militarną zakończoną szybkim i zdecydowanym zwycięstwem nad tym ogromnym wrogiem, po czym rozglądnąć się za następnym.

Pamiętajmy, że ludzie, którzy obecnie zarządzają tym przedstawieniem w Waszyngtonie, to byli zwolennicy Reagana, w gruncie rzeczy przeżywający na nowo scenariusz lat osiemdziesiątych - to trafna analogia. To oni w latach osiemdziesiątych promowali programy wewnętrzne, które były szkodliwe dla ludności i przez to niepopularne. Udało im się je przeforsować właśnie dzięki utrzymywaniu ludności w stanie paniki.

Jednego roku była to baza lotnicza w Grenadzie, której Rosjanie mieli jakoby użyć w celu zbombardowania Stanów Zjednoczonych. To brzmi śmiesznie, ale to było skuteczne propagandowe kłamstwo.

Nikaragua miała być dwa dni marszu od Texasu - sztylet wycelowany w serce Texasu, parafrazując Hitlera. Ponownie moglibyście pomyśleć, że ludzie umrą ze śmiechu, ale nie umarli. Ta kwestia była podnoszona aby nas wystraszyć - Nikaragua mogła nas podbić na swojej drodze do zawłaszczenia całej półkuli. Zagrożenie ze strony Nikaragui stało się kwestią narodowego bezpieczeństwa. Płatni mordercy z Libii kręcili się po ulicach Waszyngtonu, aby przeprowadzić zamach na nasze władze. Ciągle nowe zagrożenia były wyczarowywane, aby utrzymać ludzi w stanie zastraszenia, podczas gdy władza przeprowadzała kolejne wojny antyterrorystyczne.

Pamiętajmy, że ci sami ludzie zadeklarowali wojnę terroryzmowi w 1981 r., która miała być chlubą amerykańskiej polityki zagranicznej, skupiającą się przede wszystkim na Ameryce Centralnej, co skończyło się zabiciem około dwustu tysięcy ludzi i zdewastowaniem czterech krajów. Od 1990 r., kiedy USA ponownie przejęły nad nimi kontrolę, ciągle popadają w głębokie ubóstwo. Teraz władze robią dokładnie to samo z dokładnie tych samych powodów - wdrażają wewnętrzne programy, które są niepopularne, ponieważ krzywdzą ludzi.

Jednak międzynarodowe ryzykanctwo, wywoływanie wrogów mających nas zniszczyć, to dobrze nam znana ich druga natura. Oni tego nie wynaleźli, inni robili to samo, historia zna wiele takich przypadków, ale oni stali się mistrzami tej sztuki.

Nie chcę sugerować, że administracja nie ma powodów, by chcieć przejąć kontrolę nad Irakiem. Oczywiście, że mają - te powody są ciągle te same i wszyscy je znają. Kontrolowanie Iraku da USA bardzo silną pozycję do rozszerzania swojej dominacji nad głównymi zasobami energetycznymi świata. To bardzo ważny powód.

Zwróćcie uwagę na czas kampanii propagandowej. To uderzające, że zaczęła się we wrześniu - co takiego się wtedy wydarzyło? Cóż, we wrześniu rozpoczęła się kampania wyborcza przed wyborami do Kongresu. Dla Republikanów było oczywiste, że jeśli pozwolą dominować kwestiom społecznym i ekonomicznym, to przegrają. Zostaliby wręcz zmiażdżeni. Musieli więc robić to, co w latach osiemdziesiątych - zastąpić je kwestiami bezpieczeństwa. W sytuacji zagrożenia ludzie skupiają się wokół prezydenta - silnej postaci, która obroni nas przed strasznymi zagrożeniami.

Najbardziej prawdopodobnym kierunkiem, w który zwróci się świat po wojnie w Iraku, będzie Iran a być może Syria. Korea Północna to inny przypadek. Ich zachowanie to demonstracja, że jedynym sposobem na odstraszenie USA jest posiadanie broni masowej zagłady (BMZ). Nic innego nie jest w stanie odstraszyć USA, z pewnością nie jest to broń konwencjonalna. To straszna lekcja, ale musimy się jej nauczyć.

Przez lata eksperci w głównonurtowych mediach wskazywali, że USA powoduje rozprzestrzenianie się broni przez swoją ryzykowną politykę, ponieważ tylko posiadanie BMZ, lub zagrożenie terrorem może powstrzymać ich od ataku. Kenneth Waltz ostatnio o tym pisał. Lata temu, jeszcze przed administracją Busha, główni komentatorzy jak Samuel Huntington z Foreign Affairs, głównego magazynu establishmentu, wskazywał, że polityka USA przyjmuje niebezpieczny kurs. Mówił o administracji Clintona, ale napisał, że dla większej części świata USA są postrzegane jako państwo-łobuz, główne zagrożenie ich egzystencji. Faktycznie uderzające jest to, że obecna opozycja wobec wojny rozciąga się szeroko na całe polityczne spektrum, tak więc dwa główne magazyny zajmujące się polityką zagraniczną, Foreign Affairs i Foreign Policy w swoich ostatnich wydaniach zamieściły bardzo krytyczne artykuły napisane przez wybitne postacie głównego nurtu.

Amerykańska Akademia Sztuki i Nauki rzadko zajmuje stanowisko w kontrowersyjnych kwestiach, jednak ostatnio opublikowała długi monogram o wojnie, napisany tak życzliwie, jak tylko się dało, zdając relację ze stanowiska administracji Busha i krytykując ją w dość ograniczonym zakresie - znacznie bardziej ograniczonym, niż bym chciał - jednak skutecznie.

Powszechne są obawy i strach przed ryzykanctwem USA, jeden analityk nawet nazwał to głupimi fantazjami domowego zacisza. Ja pytam raczej Co stanie się z ludnością Iraku? i Co stanie się z regionem? a nie tylko Co stanie się z nami?.

Matthew Tempest: Czy ta propaganda przestanie być skuteczna, jeśli w Iraku nie zostanie ustanowiona demokracja po tym wyzwoleniu?

Noam Chomsky: Propaganda to właściwe określenie. Bo jeśli demokracja jest celem wojny, to czemu tego nie powiedzą? Czemu okłamują resztę świata? Jaki jest sens pracy inspektorów ONZ? Zgodnie z tą propagandą wszystko, co mówimy publicznie to czysta farsa - nie interesuje nas broń masowej zagłady, nie interesuje nas rozbrojenie, mamy inny cel na myśli, ale nie powiemy ci jaki, ponieważ nagle chcemy zaprowadzić demokrację przy pomocy wojny. Jeśli to jest cel, to przestańmy kłamać i skończmy tą farsę z inspektorami i po prostu powiedzmy, że rozpoczynamy krucjatę o demokrację w krajach, które jęczą pod butem tyrana. Właściwie to jest tradycyjna krucjata, ponieważ to właśnie leżało u podstaw horroru wojen kolonialnym i ich współczesnych odpowiedników. Mamy bardzo długą historię z której wynika, że to działa. To nic nowego w historii.

W tym konkretnym przypadku nie można przewidzieć, co stanie się po wybuchnięciu wojny. W najgorszym wypadku może stać się to, co przewidują agencje wywiadowcze i organizacje pomocowe, czyli narastanie terroru odstraszającego oraz motywowanego zemstą, a dla ludności Iraku, która już teraz jest na granicy ubóstwa, oznaczać to będzie katastrofę humanitarną, przed którą ostrzegają ONZ i organizacje pozarządowe.

Z drugiej strony, może się zdarzyć to, czego jastrzębie w Waszyngtonie sobie życzą - szybkie zwycięstwo, bez więszych potyczek, narzucenie nowego reżimu, nadanie mu demokratycznej fasady, upewnienie się, że USA mają tam duże bazy wojskowe i wreszcie - faktyczna kontrola nad zasobami ropy naftowej.

Szanse na to, że administracja dopuści do powstania czegoś w rodzaju prawdziwej demokracji są niewielkie. Stoi tu na przeszkodzie kilka problemów - problemów, które motywowały Busha nr 1 aby sprzeciwić się rebelii, która w 1991 r. mogła obalić Saddama Husaina. W końcu zostałby obalony, gdyby Stany nie pozwoliły mu zmiażdżyć tego powstania.

Jednym poważnym problemem jest to, że około 60% populacji Iraku to Sitowie. Jeśli w Iraku powstanie demokratyczny rząd, to będą mieli tam dużo do powiedzenia. Oni nie są proirańscy, ale są duże szanse, że dołączą do reszty regionu w próbie poprawy stosunków z Iranem i zredukowania poziomu napięcia w regionie. Arabowie podjęli już kroki w tym kierunku i Sitowie prawdopodobnie też podejmą. A to ostatnia rzecz, jakiej chcą USA. Iran jest następnym celem.

USA nie chcą poprawy stosunków w regionie. Ponadto jeśli Sitowie uzyskają rzeczywistą reprezentację parlamentarną, Kurdowie będą chcieli czegoś podobnego. Będą chcieli realizacji ich całkiem sprawiedliwych żądań wysokiego stopnia autonomii w północnych regionach. Turcja nie zamierza tego tolerować. Turcja dysponuje tysiącami żołnierzy w Północnym Iraku właśnie po to, by zapobiec takim zmianom. Jeśli Sitowie ruszą w stronę miasta Kirkuk, które uważają za swoją stolicę, Turcja na to nie pozwoli, a USA ją poprą, tak jak popierały ich masowe okrucieństwo wobec Kurdów w latach dziewięćdziesiątych w regionach południowo-wschodnich. Tak więc możemy się spodziewać raczej dyktatury wojskowej z jakąś demokratyczną fasadą, albo marionetkowego parlamentu, który głosuje, podczas gdy naprawdę rządzi wojsko - nie byłoby to nic niezwykłego - albo przejęcia władzy przez mniejszość Sunnitów, która już kiedyś rządziła.

Nikt nie może tego przewidzieć. W chwili rozpoczęcia wojny sytuacja po jej zakończeniu nie jest znana. CIA nie może tego przewidzieć, Rumsfeld także nie. Może się wydarzyć wszystko z wyżej wymienionych. Dlatego rozsądni ludzie przestrzegają przed użyciem siły jeśli nie ma bardzo poważnych powodów do jej użycia - ryzyko jest zwyczajnie zbyt duże. Jednak to uderzające, że ani Bush ani Blair nie przedstawili takich celów wojny. Czy powiedzieli Rady Bezpieczeństwa ONZ, że chcą przegłosować rezolucję o użyciu siły celem zaprowadzenia demokracji w Iraku? Oczywiście, że nie. Ponieważ wiedzieli, że zostaliby wyśmiani.

Bush i jego administracja mówili w listopadzie otwarcie i bezpośrednio, że ONZ będzie istotna, jeśli zezwoli im na zrobienie tego, co chcą, a jeśli nie, to będzie nieistotna. Nie można było wyrazić tego jaśniej.

Powiedzieli, że mają już tyle władzy, ile potrzebują, aby robić co zechcą, a ONZ może ich popierać albo nie będzie uznana za istotną. Nie mogli jaśniej powiedzieć światu, że nie obchodzi ich, co świat myśli, bo i tak zrobią to, co zechcą. To jedna z głównych przyczyn spadku zaufania do władz USA w badaniach World Economic Forum.

Inne kraje zapewne pójdą na wojnę z USA - ale bez strachu.

tłum. cgc, cgc@poprostu.pl

Noam Chomsky


Średnia ocena
(0 votes)

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość tego pola nie będzie udostępniana publicznie.